Nazwa obiektu
Nazwa miejscowości
Typ obiektu
Region
Długość pobytu
od: do:
Nazwa obiektu
Nazwa miejscowości
Typ obiektu
Nazwa trasy
Nazwa miejscowości początkowej
Nazwa miejscowości końcowej
Nazwa miejscowości
Słowo kluczowe
Promień wyszukiwania w km
Wpisz szukaną frazę

Noclegi i usługi

Top 10


PRZYGODA NA SZLAKU - rozwiązanie konkursu!


Bardzo dziękujemy za wszystkie historie nadesłane na konkurs. Były wśród nich opowieści zarówno śmieszne, jak i dramatyczne, dłuższe historie i krótkie anegdotki. Ich lektura sprawiła nam wielką przyjemność.

Nagrody – plecaki turystyczne – otrzymują:
1. Halina Rumińska, Lublin
2. Kazimierz Jackowski, Stalowa Wola
3. Janusz Kawka, Zabrze
4. Bożena Ziętek, Złotoryja

Serdecznie gratulujemy!

Poniżej możecie przeczytać nagrodzone historie.


1.
Podczas urlopu podróżowaliśmy z dziećmi po Polsce samochodem. Kiedyś nocowaliśmy w namiocie nad Jeziorem Drwęckim na Mazurach. Zbudziłam się w nocy i sprawdzałam, czy chłopcy śpią dobrze przykryci. Z przerażeniem stwierdziłam, że dwuletniego Waldusia nie ma w śpiworze. Wyobraźnia podsuwała mi okropne sytuacje, ponieważ jezioro było bardzo blisko. Mąż mnie uspokoił, że namiot jest zamknięty, więc syn nie mógł wyjść na zewnątrz. Przetrząsnęliśmy więc wszystko w namiocie, a Walduś odnalazł się w dużej torbie podróżnej z ubraniami...

Halina Rumińska, Lublin


2.
Syn mój, mając trzy lata, miał trochę zabawek, głównie łódki, kajaki, przeróżne łodzie i okręty. Podczas kąpieli w wannie zabawki te brały czynny udział tak dalece, na ile pozwalała mu fantazja i wyobraźnia. Pewnego razu pod koniec tej „kąpieli” wchodzę do łazienki, a łazienka cała zalana wodą. Ja na ten widok mówię: „Dziecko, coś ty narobił, przecież cała łazienka pływa w wodzie”. Syn na to odpowiada z powagą i z przejęciem: „Tatuniu, bo straszny był sztorm na morzu”. Ja w duchu uśmiechnąłem się, pieszczotliwie potargałem go po główce i powiedziałem: „Oj, ty mój marynarzu słodkich wód”. Po jakimś czasie w przedsiębiorstwie, w którym pracowałem, urządzono wycieczkę dla pracowników i ich rodzin, a że załoga to ludzie młodzi, więc dzieci było dużo. Wycieczka ta to przejazd autobusami do Sandomierza, a z Sandomierza statkiem rzecznym po Wiśle do Zawichostu. Dla dzieci była to wielka frajda. Obstąpiły szczelnie siedzącego przy sterze kapitana. Ten jednak po pewnym czasie zwrócił się do rodziców, żeby zabrały swoje pociechy, bo bardzo przeszkadza mu to w pracy. Rodzice posłusznie zabierali swoje dzieci. Ja jako prawie ostatni podszedłem do mojego synka, a ten kurczowo złapał się fotela kapitańskiego i krzyczy w niebogłosy: „Tatuniu, przecież ja jestem marynarzem słodkich wód”. Kapitan, zdumiony, słysząc to, zsiadł z fotela, wziął syna za rękę i mówi: „Tak? To ja cię przepraszam. Ja o tym nie wiedziałem. To ty jesteś nasz człowiek”. I posadził go na swoim fotelu, na głowę założył mu kapitańską czapkę, sam usiadł na obok stojącym krześle i mówi: „Ja ci będę pomagał prowadzić, bo ty jeszcze samodzielnie statku nie prowadziłeś. Prawda?”. Syn skinął głową twierdząco. „A teraz uważajmy, żebyśmy nie wpłynęli na mieliznę” – powiedział kapitan. I tak oto szczęśliwie dopłynęliśmy do portu rzecznego w Zawichoście.

Kazimierz Jackowski, Stalowa Wola


3.
Jest decyzja. Bierzemy urlop i jedziemy na dwa dni do Ojcowskiego Parku Narodowego, na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Drugiego dnia spotkała nas zaskakująca przygoda. Wyruszyliśmy do Pieskowej Skały. Z Grodziska, gdzie nocowaliśmy, droga prowadzi szlakiem czerwonym. Idąc przed siebie i ciesząc się wspaniałymi widokami, zboczyliśmy nieświadomie ze szlaku i weszliśmy do Doliny Zachwytu, zwanej też Doliną Miłości. Idziemy 5 minut, nie widać czerwonego znaku, ale jest pięknie. Idziemy dalej, znaku nadal nie ma, ale widok z każdym krokiem wspanialszy, na dodatek zza otaczających dolinę wzgórz wyszło słońce i promienie rozlały się, wypełniając ciepłym złocistym całunem przestrzeń wokół nas. Więc dalej naprzód, na pewno dojdziemy. Nagle zza zakrętu dojrzeliśmy pasące się konie. Było ich sporo. Zauważyły nas i jeden z nich zaczął posuwać się w naszym kierunku. Przystanęliśmy, ale koń się nie zatrzymał. Zaczęliśmy się wracać, koń dumnie przeszedł jeszcze kilka metrów, po czym przystanął. Spokojnie podziękowałem pięknemu ogierowi za ostrzeżenie, że idziemy w złym kierunku. Zawróciliśmy i po 15 minutach doszliśmy do miejsca, gdzie zmyliliśmy drogę, i odnaleźliśmy czerwony szlak. Potem już bez kłopotów doszliśmy do zamku w Pieskowej Skale.

Janusz Kawka, Zabrze


4.
Każde wyjście turystyczne w góry jest swego rodzaju przygodą. Wchodzimy wtedy w sutuację zupełnie odmienną od codzienności. Stykamy się z innymi ludźmi, piękną przyrodą, trudem, zmęczeniem i radością z pokonania wszelkich przeciwności. Często spotykamy się też z sytuacjami wyjątkowymi, które pozostają w pamięci przez całe życie. Tak też było w 1982 roku. Mój zakład pracy zorganizował rajd turystyczny po Beskidzie Śląskim i Żywieckim. W pamięci został mi zwłaszcza jeden z etapów raju – z Brennej na Równicę. Ponieważ planowana trasa była bardzo krótka, miała wynosić tylko dwie godziny, zarządzono, że ruszymy w trasę dopiero po południu. Wszyscy rozeszli sie po miejscowości, a ja ze swoim koleżeństwem – Elą, Zbyszkiem i Martą – ruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do zjedzenia i spacer. I wtedy zaczęła się nasza przygoda. Jako że trasa na Równicę na początku biegnie około 3 kilometrów szosą, Ela zaczęła nas przekonywać, że nie warto „odbić szosówy”, że można podjechać autobusem dwa przystanki i dopiero tam wejść na szlak. Nie musiała nas długo namawiać. Powiedzieliśmy szefowi grupy, żeby na nas nie czekał i ryszył w trasę, ponieważ nasza czwórka ma jeszcze w Brennej coś do załatwienia. Szef zgodził się, gdyż znał nas doskonale i wiedział, że jesteśmy doświadczonymi turystami. My natomiast kalkulowaliśmy, że autobusem miniemy całą grupę (autobus miał przyjechać za kilka minut), wejdziemy na Równicę pierwsi i wywołamy tym samym wielkie zdziwienie. No bo jak to się mogło stać, że wyruszliśmy później, a do schroniska doszliśmy wcześniej? O jednym jednak zapomnieliśmy. Był przecież stan wojenny i autobusy jeździły jak chciały. Autobus oczywiście nie przyjechał. Zbyszek zaproponował wtedy przemaszerowanie odcinka szosowego, ale przekonałyśmy go, że za pół godziny jest następny autobus. Zaczął wprawdzie tłumaczyć, że jest wrzesień, wcześniej robi się ciemno, następny autobus może też nie przyjechać, ale go przegłosowałyśmy. Staliśmy więc na przystanku, czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy i na autobus się nie doczekaliśmy. W końcu ruszyliśmy szosą, przeklinając los i wszystkie autobusy razem wzięte. Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie należało wejść na stok Równicy, była już szarówka. Po chwili weszliśmy w las i zrobiło się jeszcze ciemniej. Oczywiście latarki nikt z nas nie miał. Coraz trudniej było nam odszukać oznaczenia szlaku. Spadające z drzew jesienne liście gęsto przykrywały ścieżkę, sprawiając, że była niewidoczna. Ela miała zapalniczkę, więc przyświecając sobie tym wątpliwym światłem zdołaliśmy odnaleźć kilka znaków i przejść w górę kilka metrów. Zapadła ciemna noc bez gwiazd i księżyca. I wreszcie stało się to, co musiało się stać. Już nic nie było widać, momentami nawet sami siebie nie widzieliśmy. Ostatecznie zgubiliśmy szlak. Skupiliśmy się, aby razem podjąć decyzję, co robimy dalej. W ostateczności – stwierdziliśmy – deszcz nie pada, jest ciepło, mamy w plecakach ciepłe rzeczy, to przenocujemy w lesie. Ale była dopiero godzina 22. Ambicje doświadczonych turystów były mocno nadwerężone. Ponadto zastanawialiśmy się, jak zareagują nasi koledzy i organizatorzy rajdu, jeśli nie dotrzemy do schroniska. Jeszcze, nie daj Boże, wezwą GOPR, aby nas szukał. Ponieważ znaliśmy Równicę bardzo dobrze, stwierdziliśmy, że należy posuwać się ciągle w górę, tak żeby czuć, że nie idziemy w poprzek stoku, tylko coraz wyżej. Dojdziemy wówczas do polany lub drogi, z której powinno być widać schronisko lub światła Ustronia. Trzymając się blisko siebie, ruszyliśmy w górę. Zbyszek szedł pierwszy, a za nimi dziewczyny i ja. Co chwilę potykaliśmy się o różne przeszkody, smagały nas gałęzie. W pewnym momencie wpadłam w jakiś wykrot, dziękując opatrzności, że nie skręciłam karku. Wciąż sprawdzaliśmy, czy wszyscy jesteśmy. I wreszcie zziajani, zmęczeni, podrapani wyszliśmy na drogę i zobaczyliśmy upragnione światła Ustronia oraz schronisko. Było bardzo późno. Ruszyliśmy z wielką otuchą do schroniska. W pewnym momencie spotkaliśmy grupkę kolegów, którzy – zaniepokojeni, że tak długo nas nie ma – wyruszyli z latarkami na nasze spotkanie. Oczywiście wyraziliśmy swoje zdziwienie i zdumienie, że podejrzewali nas, iż moglibyśmy się zgubić, i to w dodatku na tak prostym wzniesieniu jak Równica. Tylko my wiedzieliśmy, jak było naprawdę. Później jednak dowiedzieli się wszyscy, gdyż w schronisku opowiedzieliśmy naszą przygodę.

Bożena Ziętek, Złotoryja

Reklama

Zamów prenumeratę

"Polska Wita" to czasopismo, jakiego jeszcze nie było!
Zamów prenumeratę – zapłacisz 40 zł mniej!

Zamów prenumeratę

Nie zwlekaj! Zrób prezent swojemu znajomemu - podaruj mu prenumeratę "Polska Wita"

Zrób prezent
{forum_posts::position=main}

Galeria

{kalendarium::position=user_area}
  • Godkowo warmińsko-mazurskie

    test
    Czas: 1 godz. 42 min
    Dystans: 97,0 km

  • Szczecin

    Jedziemy do Szczecina!
    Czas: 9 godz. 32 min
    Dystans: 610 km